Mam taką słabość słodyczową.... Powiedział mój Kochany mąż jedząc kolejnego pączka.
I co ja mam zrobić ????
Nic - tylko smażyć pączki - kolejne i kolejne.
Na prezent ślubny dostałam książkę kucharską, w której jest przepis na takie stare, babcine pączki. A jakże - smażone na smalcu, a najlepiej na takim swojskim.
Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale sąsiadka uświadomiła mnie, że jest różnica w smaku smalcu tego ze sklepu i wytopionego w domu ze słoninki.
Ponieważ w moim/ naszym domu w kuchni są dwie Panie, nastąpił naturalny podział na specjalizacje - ja pieczenie i wszelkie zachcianki a moja najukochańsza MAMUNIA gotowanie.
Pod naciskiem łakomczuszków wzięłam się do pracy.
Ciasto rosło, rosło i musiał je przełożyć do czegoś wygodniejszego....
A tu już gotowe, czekają na wgryzienie się i degustowanie pysznymi pączusiami!!!!
Strasznie nie lubię pączków smażonych na oleju. Za to mój mąż je uwielbiał - im gorszy gnieciuch tym dla niego smaczniejszy. Ale w tym roku spróbował mojego wyrobu i przekonał się do tych tradycyjnych. Yuppi!!!
Mam ogromne szczęście, że lwią część pożywienia (tak chyba można to nazwać) mam własną.
Mieszkam z moją kochaną rodzinką na podmiejskiej wsi, i staram się tak zagospodarować działkę, aby było miejsce na wszystko i dla każdego :) Nie jest to łatwe, ale jakoś dajemy radę.Rekompensuje nam to smak potraw.Na prawdę jest różnica. We wszystkim, czy to warzywa, czy owoce.
Miłego tygodnia!!!
Magda



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz